10 seconds to midnight

Kryzysy są dość stałym elementem naszego życia. Wybuchają dość cyklicznie w różnych częściach globu i z różną intensywnością. Ich pierwotne przyczyny są różne, ale z czasem każdy z nich przybiera imię pewnego punktu zwrotnego, który często bywa ostatnim hamulcem przed upadkiem w przepaść. Przyczyną Wielkiego Kryzysu 1929 była wszak wielka bańka na akcjach, a pewnym zwornikiem był run na banki po plotce w mediach o braku gotówki – symbolem stał się jednak czarny wtorek.
Bańka internetowa wynikała z przewartościowania firm dotcom, ale symbolem dla wielu jest krach na akcjach Microsoftu, które zaliczyły wodospad z poziomów 3.5 tys $ do poziomu 4 $. Kryzys naftowy rozpoczął się od wyjścia USA z systemu Breton Woods i uwolnienie ceny dolara względem złota co spowodowało olbrzymie perturbacje na świecie, ale symbolem stało się embargo na ropę w konsekwencji wojny Izraelsko-arabskiej. Czy wreszcie ostatni wielki kryzys, gdzie przyczyną było załamanie się rynku hipotecznego – subprime, ale symbolem na zawsze zostanie bankructwo banku Lehman Brothers. Biorąc więc pod uwagę historię czy kryzys w 2020 będzie zapamiętany jako pandemia? Czy może jednak będzie ona tylko początkiem szeregu zdarzeń jakie na kartach historii zostaną jednak oznaczone innym symbolem?

Money money money

Dziś wszyscy zastanawiają się jak długo potrwa i jak kosztowna będzie walka z coronawirusem. Zaczynają się wykuwać lepsze czy gorsze plany ratunkowe dla gospodarek, lecz są kwestie, które nagminnie umykają wielu obserwatorom. Są to głównie dotychczasowe ryzyka. Stan światowej gospodarki nie był przecież nawet zbliżony do stanu dobrego. W zasadzie od ostatniego kryzys kumuluje się w niej masa negatywnych pudrowanych nagminnie elementów.
Same Chiny stoją od lat nad przepaścią poprzez wzrastające zadłużenie. Dobrze o nim wiedzą, dlatego został wprowadzony program delewarowania, ale zanim się na dobre rozpoczął to przerwała go wojna celna z USA. Sama ta wojna celna doprowadziła dokładnie do odwrotnej sytuacji czyli do dalszej stymulacji fiskalnej długiem tejże gospodarki.
W Europie w zasadzie nie jest lepiej. Po 2012 ekonomiczne problemy zostały schowane pod poduszkę przez wielki program QE i propagandowe uspokojenie rynków poprzez stabilizację Grecji. Ale przecież żadne problemy nie zostały rozwiązane. Druga fala kryzysu to był problem nadmiernego zadłużenia, a ze znaczących graczy tylko Niemcy faktycznie zmniejszyły zadłużenie. Reszta w zasadzie nie robi nic notując wzrosty gospodarcze po 1% i deficyty po 3-4%. Ale dla ogólnego spokoju ściga się za zwiększanie zadłużenia takie kraje jak Rumunia, której dług oscyluje w okolicach 35-40% PKB, a nie robi się nic z Francją mającą tą relację na poziomie 100%, bo to przecież Francja.
I w końcu wcale nie lepiej jest w USA, które notują także rekordowe poziomy zadłużenia i szereg innych problemów pudrowanych także poprzez monstrualnej wielkości QE.
Co prawda trzeba przyznać, że nastąpiła próba wyjścia z impasu, ale była ona kompletnie nieudana.

QE to nie gospodarka realna

Niespotykany w dziejach świata dodruk pieniędzy nie przynosi jednak efektów. Głównym powodem jest to, że są to głównie pieniądze wirtualne nigdy nie trafiające na szeroki rynek. Teoretycznie te tony kapitału powinny doprowadzać do sytuacji, gdzie na prawo i lewo rozdaje się pieniądze choćby na startupy czy na absurdalne nawet inwestycje – tak się dzieje poniekąd w Chinach. Lecz prawda jest taka, że ten kapitał zasila głównie rynki kapitałowe i dlatego widzimy na giełdach rekordy wszech czasów i najdłuższą hossę w historii. Ta dekada zasilania świata w pieniądz to zaledwie można powiedzieć 2 lata hossy i dobrej koniunktury w latach 2017-2019. Trzeba jednak sobie jasno powiedzieć to kompletna porażka systemu w jakim żyjemy.

Zerowe i ujemne stopy procentowe miały być na chwilę, a tak serio na chwilę udało się powrócić do ich leciutko normalnej wartości i… i znowu lecą na łeb na szyje. Dzieje się to w dodatku zaraz na początku wirusowego kryzysu, gdzie w pierwszej salwie wystrzeliwuje się niejako w próżnie wszystkie działa. Japonia ma dalej ujemne stopy, UK na poziomie 0.25, Szwajcaria -0.75, USA 0%. i wdraża kolejne QE na 700 MLD$.
Te 1% w PL wydaje się wiec na tym tle wartością niemal imponującą. Cała ta bardzo mocna reakcja na początku kryzysu jest tak naprawdę reakcją histeryczną. Wszyscy interesujący się tematem wiedzą, że rynki tak się napompowały, że sama panika bez nawet fundamentów może kompletnie złamać cały system. Jak się pojawił czarny łabędź wszyscy wpadli w panikę. Widać to było momentalnie na giełdach, gdzie odnotowano trzecie największe tąpnięcie w historii. Trzeba sobie uświadomić, że to z duża dozą prawdopodobieństwa tylko preludium.

Wirus odwraca uwagę

Poprzez wytworzenie się dzisiejszej sytuacji dochodzi więc do bardzo niebezpiecznej sytuacji. Na kryzys szykowano się od lekko 3 lat. Nikomu nie przychodziło do głowy – jak to zwykle bywa, że przyjdzie on z takiej strony. Jesteśmy więc kompletnie nieprzygotowani na niego w świecie finansów. Wszyscy szykowali się bowiem na standardowe pęknięcie bańki i ruchy kapitału. Szybka odpowiedz w postaci cięcia stóp i nowego QE to nie plan ad hoc, a przygotowany scenariusz. Problem w tym, że to nie zadziała i w zasadzie nie działa. Wirus powoduje problemy nie samego rynku kapitałowego, a problemy z płynnością zwykłego Smitha. I tu pojawia się główny problem. W zasadzie bowiem już dziś mamy dwa różne kryzysy. Jeden poprzez wirusa i zatrzymania gospodarek, a drugi napompowanych rynków kapitałowych.

Diagnozy problemów z wirusem wydają się po otrzeźwieniu dość sensowe. Polegają mniej więcej na jakiejś formie pomocy firmom czy zwyczajnemu podarowaniu obywatelom gotówki. Lepiej czy gorzej to się powinno sprawdzić, ale nie rozwiązują one jednak wcześniejszych problemów. A mechanizmy rynkowe w przypadku kryzysów już ruszyły. Kapitał po zaliczeniu olbrzymich strat zaczyna wędrować po rynku w poszukiwaniu bezpiecznej przystani. Niech nikogo nie zwiedzie to, że na rynkach zatrzymały się lawinowe spadki. Teraz zaczyna się gra na dużych zmiennościach i rozszarpywane są zwyczajnie kolejne dodruki pieniędzy. Kapitał zaczyna wędrować i widać to idealnie po walutach.

Gra w cykora

Do czego prowadzi drukowanie pieniędzy?
W zasadzie historia odpowiadała Nam już na to pytanie. To się nigdy dobrze nie kończy. I każdy rozsądny znawca podstaw ekonomii musi tu mieć takie samo zadanie. Problem w tym, że tego procesu się już nie da zatrzymać. Odcięcie rynków od świeżej gotówki to recepta na katastrofę. Nadrukowano już zbyt dużo, aby przestać. Decyduje o tym jeszcze jeden czynnik, a mianowicie rywalizacja Chin i USA. Dokładnie dlatego Chiny zeszły ze ścieżki delewarowania i dlatego USA pod wodzą Trumpa wcale nie oszczędzały w czasach koniunktury. Tu panuje strach, że ten kto pierwszy pokaże strach ten zostanie pogrążony. A to prowadzi nas do pewnej konstatacji. Czy nie będzie więc tak, że gdy jeden z dwóch głównych graczy zacznie mieć olbrzymie problemy to nie padnie czasem decyzja o tym, aby pociągnąć ze sobą przeciwnika? Czy na stole nie pojawią się zaraz zagrania w stylu Chiny wrzucają na rynek 1 BLN obligacji USA, albo USA odcina Chiny od SWIFTA czy strzela im cłami czy też atakuje spekulacyjnie yuana? Takich game changerów można wyobrazić sobie kilka.

W zasadzie do czego prowadzi nas cała sytuacja? Podstawową konstatacją jest więc, że ten stolik wreszcie zostanie przewrócony. Dlatego też należy w tym miejscu zauważyć pewną kwestię.
Po pierwsze to fakt, że oprócz medialnego krzyku i pewnej histerii na rynkach nie dzieje się nic innego niż to co już się działo. Euro, dolar czy frank drożeją, a gdyż to waluty uważane za bezpieczne. Giełdy generalnie spadają na dużej zmienności, a następuje na nich gra spekulacyjna i realizacja zysków lub minimalizacja strat. Surowce w zasadzie tanieją poprzez spadający popyt, a można spodziewać się rajdu na złocie. Tradycyjnie też zapewne zwiększy się popyt na obligacje i póki co ten scenariusz przebiega jak po sznurku. Wystarczy pooglądać sobie archiwalne wykresy, aby przestać wypisywać androny o tym, że złotówka spada, gdyż NBP uruchamia QE.
I właśnie tu jest sprawa numer dwa. Od lekko 12 lat główni gracze drukują monstrualne ilości pieniędzy. To, że NBP tego nie robi nie jest jakimś heroizmem. Jak widać praktycznie na tym tracimy, gdyż pomimo wzrostu gospodarczego, zwiększenia PKB per capita i coraz większej ilości walut w obiegu – złotówka zachowuje mniej więcej tą samą wartość. A według prawideł powinno być tak, że nasza waluta zyskuje. Z tego samego powodu dla którego PLN nie zyskuje jak zaczniemy swoje QE nie straci on także przez to. Jeżeli to QE będzie oczywiście rozsądne, a nie jak w Zimbabwe. Dlatego z umiarkowanym optymizmem należy przyjąć nasze QE, gdyż zwyczajnie przestajemy robić za frajerów, którzy stosują zasady, których nikt w zasadzie już nie stosuje. I nie bądźmy naiwni – jak wszystko walnie to będziemy na tym samym koniu i nikt nam nie da medalu „Polakom za nie drukowanie” przyznajemy dyplom, wodę mineralną i lizaka.

Nowy symbol

Cały ten wywód prowadzi nas do pytania. Jeżeli i o ile takie rozumowanie wyciągnięte z historii jest właściwe to faktycznie czeka nas co najmniej to jedno duże symboliczne zdarzenie, które stanie się symbolem tego kryzysu. Oczywiście trzeba zaznaczyć, że próby przewidywania nawet najbliższej przyszłości są obarczone olbrzymim marginesem błędu. W końcu nic takiego się nie musi stać. Za 2 miesiące możemy opanować wirusa i wrócimy na ścieżkę starych problemów, które będziemy jakoś tam pudrować z powodzeniem przez następne lata.
Jednak ja wolałbym się zastanowić jaka jest sytuacja na rynkach, co się zmieniło przez lata od ostatniego kryzysu, gdzie jest napięta sytuacja i gdzie aktualny system może najłatwiej ucierpieć czyli gdzie znajduje się najsłabsze ogniwo.

Moim typem są waluty, które z jednej strony są drukowane na potęgę, a z drugiej strony są także skupowane na potęgę jako bezpieczna przystań dla kapitału. O ile te duże waluty jak USD czy EUR wydają się odporne o tyle mój wzrok od dawna jest skierowany na CHF. Frank uważany od dawien dawna za safe heaven stał się dobrym nośnikiem kapitału i to paradoksalnie najbardziej od czasu, gdy Bank Szwajcarii wprowadził jego sztywny kurs. Zapewniło to stabilność, a BS musiał drukować walutę, aby móc utrzymywać w miarę sztywne poziomy. Kurs uwolniono w 2015 roku co dla wielu znane jest jako czarny czwartek, gdy w swoim piku waluta była wyceniana na ponad 5 zł. Później na kilka lat nastąpiła względna stabilizacja i ilość interwencji spadła, aż do teraz.

Musimy pamiętać, że przy poprzednim kryzysie to właśnie Frank był walutą przechowania kapitału i jego kurs w okresach sierpień 2008- styczeń 2009 zmienił się z poziomu 1.95 PLN do 3.20 PLN czyli podrożał o 60%, aby ustabilizować się na poziomie 3 zł co i tak dawało 50% zmianę. Jeżeli w dzisiejszych realiach Frank miałby drożeć o 50% to jego cena musiałaby przebić 6 zł. Już dziś cena oscyluje w okolicach 4.20 PLN i moim zdaniem jest niedaleko granicy przegrzania. Waluta nie może bezkarnie drożeć.
Tu z miejsca poprawię swój błąd jeżeli chodzi o wartość Franka – oczywiście mało ich interesuje ile on kosztuje w PLN – pisałem to dla uświadomienia pewnego mechanizmu. Najważniejsze jest jak się ma korelacja do EURO. A ta zbliża się do relacji 1:1 co niesamowicie uderza w w Szwajcarski eksport, który to dodatkowo jest raczej z tych dóbr wysokiej klasy czyli powiedzmy jako tako luksusowych. Dodajmy do tego spadającą konsumpcję w krajach do których eksport jest wysyłany. Dodajmy do tego zatrzymanie się gospodarki z powodu wirusa, praktycznie zatrzymanie turystyki, a na końcu wciąż drożejącą walutę do której uciekają kolejni inwestorzy.
To brzmi jak recepta na niemały bałagan, aby nie używać znacznie mocniejszych słów. Rynek forex to głównie zaufanie i fundamenty gospodarcze. W przypadku Szwajcarii jednak to jest samo zaufanie, gdyż gospodarka w zasadzie jest tylko 30% większa niż Polska, a przechowuje kapitał niewspółmiernie wielki jak na tak małą ekonomię.

Kryzys zadłużenia

Oprócz wielkich perturbacji na walutach istnieje jeszcze jedno wielki ryzyko, którego nikt dziś nie będzie kalkulował – zadłużenie. I tu pierwszym krajem jaki się nasuwa są oczywiście Włochy, a kolejne do golenia są Hiszpania i Francja. Wszystkie trzy o sporym czy jak Włosi gigantycznym zadłużeniem i rachitycznym wzrostem gospodarczym. Dodając do tego co dziś widzimy już na wstępie wychodzą z tego olbrzymie problemy i potęgują się jeszcze bardziej z powodu wspólnej waluty. Nie ma sensu szyć szczegółowych Kasandrycznych wizji – bardziej należy spoglądać i być świadomym sytuacji, że to nie wirus może nas pogrążyć. Nokaut i symbol tego co nas czeka może i prawdopodobnie przyjdzie ze strony jak najbardziej znanej nam strony. Najgorsze jednak w tej sytuacji jest to, że przez długą walkę ze skutkami kryzysu z 2008 roku wystrzelaliśmy przez walką masę amunicji, a na początku tego kryzysu strzelamy już niemal wszystkim co mamy. Na plany ratunkowe zużyjemy rezerwy i czym będziemy bronić się przed dość naturalnymi konsekwencjami działań ostatnich lat?

Symbol starego świata – ropa

A to wciąż nie koniec, gdyż niedawno wybuchła jeszcze wojna cenowa na ropie. Wraz z malejącym popytem na rynku trwa niesamowita sytuacja. Walka nie toczy się o cenę, a o przetrwanie i to przetrwanie całych państw. To nie sytuacja z 2016, gdzie zalano rynki ropą – teraz je zalano i to jeszcze po kosztach z magazynów. Dwa dni temu baryłka ropy na giełdach spadła do 23 dolarów, a w zakupach z rabatami jakie dawała Arabia Saudyjska kontrakty zawierano nawet za 15 dolarów. To w obliczu zmian na świecie symboliczny koniec ery ropy naftowej. Oczywiście będziemy jej używać jeszcze długo, ale jej znaczenie będzie już tylko spadać.



Dużo ważniejszym jednak wykresem jest ten, który prezentuje. To korelacja cen ropy i złota. To praktycznie nieśmiertelna korelacja właśnie kompletnie się rozjechała, a to oznacza, że skończył się tak naprawdę pewien ład. A wraz z nim upada jeden z filarów systemu Breton Woods i supremacji dolara. Zielony dalej zostaje wiodący,a le traci właśnie jeden z silników, a więc z trzech głównych filarów – gospodarka, zaufanie, ropa – pozostają dwa, a w gospodarce trwają już olbrzymie zwolnienia.

Co to wszystko oznacza? Chyba każdy odpowie sobie sam. Najważniejszym jednak pytaniem jest czy rywalizacja mocarstw doprowadzi do zmian rewolucyjnych czy jednak ewolucyjnych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *